KTO MA RACJĘ?

Jeśli zatem Popper ma rację, jeśli istotnie Wielkie Pokolenie dokonało owej przemiany i byli w nim ludzie o radykalnie różnym podejściu do prawdy – nie mają racji ci, którzy główny twórczy składnik naszej cywilizacji widzą w absolutystach, konserwatystach, dogmatykach, czyli w elemencie sklejają­cym, hamującym, ratującym tradycję, nie mają również racji ci, którzy główny twórczy składnik widzą w elemencie dynamizującym, relatywizującym, rozbi­jającym i przyspieszającym. Nietrafna jest apologetyka hamowania oraz nie­trafna jest apologetyka przyśpieszania. Racja jest w dualizmie, czyli w najprost­szym pluralizmie, w istnieniu zarazem gazu i hamulca. Kiedy jednak mamy dwa skraje, niezbędny jest – jeśli ma istnieć całość – element mediujący, scalający. Rzec można, w stylu Hegla, że syntezą w tym wypadku jest element sokratejski. Bez niego nie byłoby najpewniej rozwoju, dyskusji. Jeden mówiłby w kółko „tak , drugi mówiłby w kółko „nie”. Jeśli któryś okazałby się silniejszy, znisz­czyłby drugiego i mielibyśmy bezmyślny monizm.Należy podkreślić, że pierwsi filozofowie byli to niedowiarkowie (odrzucali tradycyjne, religijne wyjaśnienia świata) wierzący w prawdę (inaczej nie zaczy­naliby poszukiwań). Filozofia była więc u podstawy niedowiarstwem.

POSZUKIWACZE

Po kilku medialnych sekundach inna gwiazda wy­bucha, inny guru staje się modny i omijacz zmienia wzór. Poszukiwacze prawdy (sokrateicy) wierzą w autorytety, podobnie jak dogmatycy, ale inaczej. Dają kre­dyt zaufania, ale warunkowy. Wierzą, ale nie dowierzają. Każdy autorytet jest warunkowy, każdy król może okazać się nagi. Autorytetem dla sokrateika („meta­fizycznego niedowiarka”) jest ten myśliciel, który potrafił zwątpić we wszystkie autorytety i zbudować coś pięknego s a m od podstaw. Gdy bowiem zbudował coś pożyczając od innego autorytetu, sokrateik poszukuje tego innego. I tego też pyta: „Skąd to wiesz?”, „Skąd twoja pewność”. Jeśli okazuje się, że pewność pochodzi od jeszcze wcześniejszego autorytetu, jego zaufanie przesuwa się pię­tro niżej. Piętrem podstawowym, fundamentalnym okazuje się być zwykle Bóg. Ostatecznie bowiem samodzielny — zarówno w istnieniu jak i tworzeniu — może być tylko Bóg. Choć i co do Jego autorytetu – nie negując zwykle istnienia – sokrateik potrafi mieć wątpliwości. Poszukiwacze dowierzają zatem rozwiąza­niom poszukiwaczy, to znaczy tych, którzy naprawdę byli samodzielni.Problem dotyczy, w wielkim skrócie tego, czy Bóg może ogarnąć swoją nieskończoną mą­drość. Czy Bóg może stworzyć świat tak bogaty, że nie będzie w stanie go poznawczo udźwi­gnąć? Różne warianty emanacyjnego panteizmu z tym się borykają. A zatem „albo Bóg, albo nihilizm poznawczy”, ale nawet Bóg nie jest gwarancją prawdy. Chciałem tym problemem zająć się w końcowej części pracy, ale proporcje nakazują odłożyć to na potem.

DOBRE ROZWIĄZANIE

Nie jest również dobrym rozwiązaniem chybotli­we ego nastawione na maksymalizowanie doznań. Ani nadmierna sztywność zwolenników zasad, ani nieuleczalnie drżąca ręka zwolenników maksymalnie w każdej sytuacji zaspokojonego ego. Ani torowisko zasad, ani schlebianie światu, czyli poddawanie się sytuacji tak, aby z każdej wycisnąć maksimum przyjemności. Próba realizowania wartości-ważności to często płynięcie pod prąd. Tym bywa to trudniejsze, że ma się świadomość, że poza dwoma, trzema, góra, pięcioma wskazaniami, niezawodnych sposobów nie ma. Trzeba więc cały czas być czujnym, twórczym. Świat bowiem się zmienia, a najważniejsze waż­ności się nie zmieniają.Jeśli zaś idzie o stosunek do autorytetów, sprawa przedstawia się tutaj – szkicując bardzo z grubsza – następująco. Dogmatycy, czyli posiadacze prawdy wierzą w autorytety. Co więcej, radykalnie, manichejsko: wszystko, albo nic. Autorytet prawdziwy jest dawcą prawdy. I nie może się wahać, jąkać, mówić „tego nie wiem”, „tego nie jestem pewien”. Zaś omijacze prawdy programowo nie wierzą autorytetom. Bywają natomiast radykalnie podatni na różne mody. Na wybuchające tu i teraz medialne gwiazdy, na różnych guru zmieniających się jak w kalejdoskopie. Aktualnie najmodniejszy, o którym najwięcej się mówi, jest – znaczy – najskuteczniejszy. Czyli, myśli sobie agnostyk: „Skoro mam być skuteczny, muszę być jak on”.

Z NOŻEM W PLECACH

Odtąd no-wożytność chodziła z nożem w plecach, nie zdając sobie zwykle z tego sprawy. Wszak agnostycy wierzą w przyjemność, użyteczność, ale nie mają podstawy do wiary w substancjalną, solidną duszę, osobę, jaźń. Co zatem doznaje przy­jemności? To coś zamienia się w strumień, strumień zamienia się w mgłę i na heraklitejskim wietrze się rozwiewa. Stąd może bierze się, anarchię na poziomie społecznym przypominające, zagubienie hedonistów-utylitarystów, którzy w każdej sytuacji próbują celować w dziesiątkę. Czyli w maksimum przyjemno­ści dla siebie, albo w maksimum przyjemności dla maksimum ludzi (nawet poświęcając własnych rodziców i przyjaciół). Jak tu jednak celować, skoro złu­dzeniem okazuje się i łucznik, i cel, i podmiot doznający, i tak zwana sytuacja.Poszukiwacze prawdy nie są zwolennikami sztywnych i drobiazgowych za­sad, ale nie są też zwolennikami każdorazowego celowania od nowa. Jest kilka, a nie kilkaset, zasad praktycznie niezawodnych – poza radykalnie rzadkimi przypadkami wymyślonymi zresztą nieraz przez różnych sofistów – które nale­ży przestrzegać zawsze. Jednak główne nastawienie jest nie na reguły, a na pewne wartości (ważności). Dlatego szczegółowe przepisy w zmiennym świecie nie są dobrym rozwiązaniem.

KAŻDY PORT

Każdy port, każda stacja jest innych zasad, i coraz większa ich ilość, drobiazgowość. Ortodoksyjny odłam judaizmu jest tutaj nie­złym przykładem. Pobożny Żyd nie miał czasu na nic innego poza służbą Bogu, tyle bowiem codziennie musiał spełniać nakazów, unikając oczywiście zaka­zów. Każdy dzień był niczym przeskomplikowany przepis kulinarny, który na­leżało robić dla Boga. Aby danie się udało, trzeba było pracować od świtu do nocy. Dlatego też na kobiety spadał ciężar zarabiania i zajmowania się domem. Rzec można, że pobożny Żyd służył Bogu, zaś kobieta służyła pobożnemu Ży­dowi. Omijącze prawdy skłaniają się do odrzucenia wszelkich zasad i reguł w imię jednej wartości – przyjemności (użyteczności). Grają zaś w imię tej wartości „jak przeciwnik pozwala”. Przeciwnik to świat. Świat się zmienia, a zatem nie ma żadnej absolutnie niezawodnej recepty, zasady. Wkraczamy w ten sposób w krainę etyk sytuacyjnych. Każdorazowego wyznaczania kierun­ku w imię maksymalizowania przyjemności (pożytku). Aby jednak wyznaczyć kierunek, potrzebny jest jakiś stabilny punkt odniesienia. Punktem odniesienia jest tutaj „JA doznające”. Jednak po bliższym badaniu okazuje się, że również JA (jaźń) nie jest stabilne, że mamy do czynienia ze strumieniem wrażeń i do­znań. Hume – spostrzegając to – wbił nóż w plecy swojej formacji.

JUŻ W STAROŻYTNOŚCI

Posiadacze prawdy – z wy­jątkiem, być może, osobna kwestia, podzbioru nihilistów – skłaniają się do ry­gorystycznego przestrzegania zasad. Im pewność prawdy większa (im dogmatyzm silniejszy), tym większa pewność co do absolutnej – w każdej sytuacji i w każdym możliwym świecie – słuszności .Już w starożytności zarzucano Grekom, że za bardzo interesują się nowo­ściami, a za małą wagę przykładają do tradycji. Owa cecha stała się cechą charakterystyczną naszej cywilizacji. Niezamknięta w sobie, w starej formie, a zmienna i otwarta, niemonistyczna i monolityczna, a złożona, pogmatwana, pluralistyczna, oraz nietraktująca siebie z pryncypialną powagą, krytyczna wo­bec siebie, a nawet kpiąca, autoironiczna. Poszukiwacze prawdy byliby zatem – w tej wizji – katalizatorem ruchu i otwartości (bo skoro się jeszcze nie znalazło, to trzeba szukać, a zatem być w ruchu, wzrok zwrócony w przyszłość), wielości (bo jeden szuka tu, a drugi tam), a skoro się nie znalazło, to nie ma powodu, aby być z siebie zadowolonym i traktować siebie poważnie, z patosem.Postawa pośrednia, owo nieustanne poszukiwanie jest nie tylko intelektual­nie, ale i emocjonalnie niełatwą postawą, niełatwym sposobem na życie. Dlate­go też w tytule jest wąska kładka, a nie szeroki trakt. Niezbędna jest ciągła uwaga, czujność (trzeba być „zawsze w drodze”).

POCZUCIE BEZPIECZEŃSTWA

Dlaczego „poczucie bezpieczeństwa”? Ktoś słusznie zauważył, że dorośli zazdroszczą dzieciom poczucia bezpieczeństwa, zaś dzieci zazdroszczą doro­słym wolności. Nie do końca jednak słusznie, bo ani dzieci nie czują się tak beztroskie i bezpieczne jak się dorosłym wydaje, ani dorośli nie są tak samo­dzielni i wolni, jak się dzieciom wydaje. Jednak rozdział wolności i bezpieczeń­stwa jest zasadny. W podziale na posiadaczy, poszukiwaczy i omijaczy prawdy ci pierwsi reprezentują bezpieczeństwo, drudzy umiarkowaną wolność, trzeci zaś wolność bez ograniczeń. Jednak wolność bez ograniczeń, wolność anar­chiczna łatwo zamienia się w swoje przeciwieństwo, w skrajną niewolę, w hi­steryczną ucieczkę – od samodzielności bez drogowskazów – w ramiona lepiej widzącego przewodnika, który okazuje się być zwykle tyranem, na dodatek niewidzącym. Nieograniczona wolność, czyli chaos, wymaga bowiem, gdy ma­teriał się zmęczy, skrajnego porządkowacza. Opisał ten proces już Platon. Po­dobnie zresztą sądził Hobbes, gdy bałaganiarskiemu stanowi natury przeciw­stawiał władcę absolutnego. Owe trzy postawy wobec prawdy mają również swoje odwzorowanie w sfe­rze moralnej (w podejściu do zasad i wartości, oraz w podejściu do pojęcia au­torytetu). Nie ma tutaj oczywiście odwzorowania ścisłego i mechanicznego, są tylko pewne tendencje. Problem jest zresztą na tyle rozległy, że wymaga odręb­nego potraktowania. Tutaj zatem tylko kilka uwag.

CO JEST POŻYTECZNE?

Używając metafory „wysiadania na stacji” czuję się zaś dłużnikiem Józefa Piłsudskiego (i to po­dwójnie, po pierwsze za obraz wysiadania z tramwaju „socjalizm” na przystan­ku niepodległość, a po drugie za to, że wysiadł z realnego pociągu na dworcu w Warszawie 11 listopada).Z jednej strony, powiedzmy z prawej, kuszą stacje wielkich religii. Tam nad budynkami dworcowymi (synagogami, kościołami, meczetami) neony: „Uwierz Mojżeszowi”, „Uwierz Jezusowi”, „Uwierz Mahometowi”. Między nimi stacyjki pomniejszych proroków, zbawicieli i filozofów holistów. Po dru­giej stronie kusi Stacja Rezygnacji. Rezygnacji z podróżowania – czyli niekoń­czącego się poszukiwania prawdy — w imię konkretu, pożytku, skuteczności. Neon na tej stacji głosi: „Nigdy się nie dowiesz czy prawda jest, i jaka jest”. „Zajmij się czymś pożytecznym, czymś co daje realne efekty”. Co jednak jest pożyteczne? Co, tak naprawdę, jest realne? Okazuje się, że skoro prawdy nie znamy, to nie wiemy, co jest naprawdę realne i pożyteczne. Ostateczna perspektywa może zmienić nasze doraźne namiary. Ale pociąg już odjechał, a my otrzymaliśmy wizję przyjemności jako jedynego dobra. I zostali­śmy przywiązani do tronu z przyjemnościami i cierpieniami, jak to opisał – chcąc nas zapewne pokrzepić – Bentham. A zatem poczucie bezpieczeństwa (bo wreszcie w bezruchu) za cenę przykucia łańcuchami do tronu.

NIEUSTANNI POSZUKIWACZE

Dlatego może nieustannych poszukiwaczy jest niewielu. Tutaj ponownie cywilizacja zachodnia uwypukla pewną swoistą – to znaczy dobrze widoczną na tle zwierząt – cechę ludzką. Mianowicie, na tej zadziwiającej pla­necie pojawiło się mnóstwo istot żywych (gatunków) i wszystkie żyją śpiąc, to znaczy poruszają się po torowiskach instynktu. I oto nagle pojawia się istota, która się budzi. Przeciera oczy i zadaje sobie pytanie: „Gdzie jestem?”, „Skąd jestem?”, „Dlaczego tu, a nie gdzie indziej”, „Po co? Dokąd?”. Tą istotą jest oczywiście człowiek. Ale nie każdy w równym stopniu. Bardziej Pascal niż przeciętny Europejczyk. Ale też chyba zdecydowanie bardziej przeciętny Euro­pejczyk niż przeciętny mieszkaniec Amazonii. Kusi więc perspektywa zakończenia podróży. Być wreszcie w porcie, wy­siąść na jakiejś stacji. Uznanie jakiejś stacji za końcową daje bowiem nadzieję na bezpieczeństwo i zadomowienie. Używam metafory podróży nieprzypadko­wo. Grecy rozbudzili w sobie bezinteresowną ciekawość, chęć poznawania świata, co, jak wiadomo, stało się źródłem filozofii, a co miało na początku wymiar zmysłowy, podróżniczy; poznać świat to obejrzeć różne miejsca, zwie­dzać. Greckie słowo teoria znaczyło pierwotnie tyle, co zwiedzanie (u Herodo- ta). Podróż i zwiedzanie są więc spokrewnione z filozofią.

WYCHODZENIE SPOŁECZNOŚCI

Powodują oni bowiem wychodzenie danej społeczności z kolein odruchu, trady­cji, zwyczaju. Czyżby zatem typ metafizycznego niedowiarka, sokrateika był „solą ziemi” cywilizacji zachodniej? Otóż, sądzę, że tak. Nieliczni poszukiwa­cze, ludzie w imię prawdy gotowi wątpić we wszystko są jej składnikiem naj­bardziej twórczym i dynamicznym, są jej epicentrum. Człowiek w zbiorze zwie­rząt jest podobno jedynym zwierzęciem myślącym, być może cywilizacja za­chodnia jest w zbiorze cywilizacji – dzięki poszukiwaczom – jedyną cywilizacją istotnie myślącą (nauka), oraz wobec siebie krytyczną, a zatem twórczą. Mała w tym miejscu dygresja. Nietzsche nawoływał do wątpienia. Umie­ściłem go zaś wśród dogmatyków, to znaczy tych, którzy w swoim mniemaniu prawdę posiedli (co prawda prawdę negatywną, świadomość, że prawdy nie ma, ale jednak prawdę). Sądzę, że Nietzsche nawołując do wątpienia nie był konse­kwentny. Skoro głosił, że prawdy zasadniczej, metafizycznej nie ma, to nie ma też – na poziomie zasadniczym – spraw wątpliwych; wszystko jest mniema­niem, złudzeniem (i to bez wątpienia). Wszystko, co wydaje nam się realne jest tylko odbiciem w krzywym zwierciadle w nieskończonej sali krzywych luster. Nie mają sensu poszukiwania, skoro nie ma nic do znalezienia. Już sofiści wy­chodząc od niewiary w episteme uczyli dowodzić na dwie strony; że wszystko jest prawdą i że nic nie jest prawdą. Ani w jednym, ani w drugim przypadku nie ma miejsca na wątpienie.

Edukacja Wyższa