PRAGMATYCZNE SPOŁECZEŃSTWO

5518992555_e7119f4017_z

Jest być może tak, że zapomnieć pytanie o prawdę, to zapomnieć człowieczeństwo. Spełniona wizja pragmatystów to wizja powrotu – poprzez opanowanie świata – do nieświadomości, do bezru­chu. Czyli rodzaj pokracznej, przyziemnej nirwany. Ten typ zagrożenia opisał już w latach siedemdziesiątych profesor Zdzisław Cackowski w książce „Człowiek jako podmiot działania praktycznego i poznawczego”.Społeczeństwo czysto pragmatyczne jest jak samochód, który ma pedał ga­zu (przyspieszanie i przyszłość), ale nie ma hamulca. Ludzie w nim żyjący są więc – ciągnąc dalej tę metaforę – pozbawieni hamulców, poza jednym, poza strachem przed prawem pozytywnym (absolutysta powiedziałby, że brak im „bojaźni bożej”, Sokrates, że brak im ostrzeżeń Dajmoniona). Są też pozbawieni napędu, gdy chodzi o cele ogólne. Ojczyzna, naród, ludzkość to – podobnie jak pojęcie prawdy – pojęcia puste. Społeczeństwo pozbawione wiary w prawdę to społeczeństwo bez patriotów. Nie ma więc w nim „swoich żołnierzy”. Czyli obrońców wspólnej sprawy, obrońców skłonnych do poświęceń, nawet, gdy sytuacja wygląda na beznadziejną. To społeczność zdolna wydobyć z siebie, urodzić, tylko najemników. Najemnicy zaś uciekają, gdy przeciwnik jest wy­raźnie silniejszy, albo zdradzają, gdy jest gotów zapłacić więcej. Gdy więc okręt cywilizacji tonie uciekają, odpychając od szalup kobiety i dzieci

NADUŻYWANIE WŁADZY

paranormal_mind_1

Boją się meta-strażników, czyli straż­ników strażników. A tamci? Meta-meta strażników. Ale skąd pewność co do uczciwości, ostatniego szczebla. Wszak w skończonej liczebnie społeczności piętra kontrolne muszą mieć swój kres. W społeczności czysto pragmatycznej na ostatnim szczeblu nie ma ludzi szlachetnych, bo w całej społeczności nie ma ludzi szlachetnych. A zatem fundament, czyli kontrolerzy wszystkich kontrole­rów są interesowni, podatni na łapówki, albo na (nad)używanie władzy.Muszę przyznać, że kojarzy mi się to wszystko z neandertalczykami. I to po­dwójnie. Po pierwsze, w archeologicznych znaleziskach dotyczących neandertal­czyków nie ma śladu tzw. „kultury wyższej”, nie ma ani śladów zdobnictwa, ani śladów jakiś wierzeń, są za to funkcjonalne i doskonale wykonane narzędzia, któ­re wskazują na bardzo rozwiniętą sprawność manualną. Po drugie, istnieje hipote­za dotycząca wyginięcia neandertalczyków, która głosi, że stali się oni ofiarami własnej skuteczności. Byli tak doskonałymi myśliwymi, że wytrzebili wszystkie zwierzęta, które były podstawą ich menu i zginęli z głodu. Skuteczność pozba­wiona wyższej motywacji, a zatem też szerszego punktu widzenia może okazać się przeciwskuteczna. Triumf pragmatyzmu – czyli sytuacja, w której pragmatyzm stałby się jedyną ideologią – mógłby okazać się zabójczy dla samego pragmaty­zmu. Zaryzykowałbym tezę, że gdy procent pragmatystów w społeczności prze­kracza pewną krytyczną wielkość, zaczyna się kolaps społeczności, społeczność zapada się w sobie, czyli ulega autodestrukcji.

WPROWADZANIE ZASAD

images

Zasady należy wyprowadzać z siebie. Stąd sympatia Szysz­kowskiej i do Kanta, i do Nietzschego (chociaż poza niedowierzaniem wszelkim zbiorom absolutnych zasad wyprowadzanych ze świata widzialnego niewiele ich łączy), oraz sympatia do Młodej Polski, gdzie ten typ maksymalizmu był szczery i młody. Kołakowski zaś zaczynał od monizmu, dogmatyzmu, od wiary w nomos heglowsko-marksowskie, ale otrzeźwiał, i przez długi czas zwalczał dyktaturę jednej prawdy, pochwalał zaś wielość, czyli „pochwalał niekonse­kwencję”. Kiedy jednak upadł system dogmatycznej prawdy, który miał ambi­cję opanować kulę ziemską i została niby niezagrożona potęga Zachodu (niektó­rzy zaczęli nawet wieścić „koniec historii”), Kołakowski przesunął akcenty. Coraz wyraźniej wskazuje inne niebezpieczeństwo. Coraz bardziej – jak się zdaje – przeraża go wizja społeczeństwa „otwartego na wszystko”; bezkształt­nego niczym niektóre dzieła awangardowej sztuki. Świetnie oddaje to tytuł jed­nego z jego esejów: „Samozatrucie społeczeństwa otwartego”. Rację ma chyba i Szyszkowska, i Kołakowski. Zagrożenie bowiem występuje z dwóch stron. Fundamentalizm, absolutystyczny monizm („bez cienia wątpienia”) obudził się ostatnio w świecie islamu, ale istnieje również wśród pewnych wpływowych grup w Polsce.

TALES I UCZNIOWIE

obraz1

Tales i jego uczniowie nie dowierzali kapłanom i zarazem wierzyli, że „jakoś to jest”, że świat nie jest nienazywalnym chaosem (taka byłaby zapewne ich prowizo­ryczna odpowiedź na pytanie zawarte w tytule naszej konferencji). Wierzyli w to, że jest jakaś podstawa, jakaś formuła tłumacząca, jednocząca; że jest ja­kieś rozwiązanie tego równania z przeogromną ilością niewiadomych. Co wię­cej, rozwiązanie to jest uchwytne dla naszych niewielkich umysłów, a zatem musi być proste i rozumne. Pierwsi filozofowie byli zatem zarażeni naraz dwo­ma wirusami: wirusem niedowiarstwa i wirusem poszukiwania prawdy. Preso- kratycy byli więc w znacznym stopniu sokrateikami. Kiedy myślę o dobrowol­nie służebnej roli filozofii wobec cywilizacji zachodniej, mam na myśli tylko pewien typ filozofów; tych mianowicie, którzy potrafią utożsamić się z Sokrate­sem. Aby uniknąć dłuższego tłumaczenia, skryję się za dosadnym sformułowa­niem Leszka Kołakowskiego: „Jest jeden człowiek, z którym identyfikują się wszyscy europejscy filozofowie, choćby nawet w całości odrzucali jego idee. Jest to Sokrates – filozof niezdolny utożsamić się z tą archetypiczną postacią nie należy do tej cywilizacji”.

KAŻDY PORT

Każdy port, każda stacja jest innych zasad, i coraz większa ich ilość, drobiazgowość. Ortodoksyjny odłam judaizmu jest tutaj nie­złym przykładem. Pobożny Żyd nie miał czasu na nic innego poza służbą Bogu, tyle bowiem codziennie musiał spełniać nakazów, unikając oczywiście zaka­zów. Każdy dzień był niczym przeskomplikowany przepis kulinarny, który na­leżało robić dla Boga. Aby danie się udało, trzeba było pracować od świtu do nocy. Dlatego też na kobiety spadał ciężar zarabiania i zajmowania się domem. Rzec można, że pobożny Żyd służył Bogu, zaś kobieta służyła pobożnemu Ży­dowi. Omijącze prawdy skłaniają się do odrzucenia wszelkich zasad i reguł w imię jednej wartości – przyjemności (użyteczności). Grają zaś w imię tej wartości „jak przeciwnik pozwala”. Przeciwnik to świat. Świat się zmienia, a zatem nie ma żadnej absolutnie niezawodnej recepty, zasady. Wkraczamy w ten sposób w krainę etyk sytuacyjnych. Każdorazowego wyznaczania kierun­ku w imię maksymalizowania przyjemności (pożytku). Aby jednak wyznaczyć kierunek, potrzebny jest jakiś stabilny punkt odniesienia. Punktem odniesienia jest tutaj „JA doznające”. Jednak po bliższym badaniu okazuje się, że również JA (jaźń) nie jest stabilne, że mamy do czynienia ze strumieniem wrażeń i do­znań. Hume – spostrzegając to – wbił nóż w plecy swojej formacji.

POCZUCIE BEZPIECZEŃSTWA

Dlaczego „poczucie bezpieczeństwa”? Ktoś słusznie zauważył, że dorośli zazdroszczą dzieciom poczucia bezpieczeństwa, zaś dzieci zazdroszczą doro­słym wolności. Nie do końca jednak słusznie, bo ani dzieci nie czują się tak beztroskie i bezpieczne jak się dorosłym wydaje, ani dorośli nie są tak samo­dzielni i wolni, jak się dzieciom wydaje. Jednak rozdział wolności i bezpieczeń­stwa jest zasadny. W podziale na posiadaczy, poszukiwaczy i omijaczy prawdy ci pierwsi reprezentują bezpieczeństwo, drudzy umiarkowaną wolność, trzeci zaś wolność bez ograniczeń. Jednak wolność bez ograniczeń, wolność anar­chiczna łatwo zamienia się w swoje przeciwieństwo, w skrajną niewolę, w hi­steryczną ucieczkę – od samodzielności bez drogowskazów – w ramiona lepiej widzącego przewodnika, który okazuje się być zwykle tyranem, na dodatek niewidzącym. Nieograniczona wolność, czyli chaos, wymaga bowiem, gdy ma­teriał się zmęczy, skrajnego porządkowacza. Opisał ten proces już Platon. Po­dobnie zresztą sądził Hobbes, gdy bałaganiarskiemu stanowi natury przeciw­stawiał władcę absolutnego. Owe trzy postawy wobec prawdy mają również swoje odwzorowanie w sfe­rze moralnej (w podejściu do zasad i wartości, oraz w podejściu do pojęcia au­torytetu). Nie ma tutaj oczywiście odwzorowania ścisłego i mechanicznego, są tylko pewne tendencje. Problem jest zresztą na tyle rozległy, że wymaga odręb­nego potraktowania. Tutaj zatem tylko kilka uwag.

WYCHODZENIE SPOŁECZNOŚCI

Powodują oni bowiem wychodzenie danej społeczności z kolein odruchu, trady­cji, zwyczaju. Czyżby zatem typ metafizycznego niedowiarka, sokrateika był „solą ziemi” cywilizacji zachodniej? Otóż, sądzę, że tak. Nieliczni poszukiwa­cze, ludzie w imię prawdy gotowi wątpić we wszystko są jej składnikiem naj­bardziej twórczym i dynamicznym, są jej epicentrum. Człowiek w zbiorze zwie­rząt jest podobno jedynym zwierzęciem myślącym, być może cywilizacja za­chodnia jest w zbiorze cywilizacji – dzięki poszukiwaczom – jedyną cywilizacją istotnie myślącą (nauka), oraz wobec siebie krytyczną, a zatem twórczą. Mała w tym miejscu dygresja. Nietzsche nawoływał do wątpienia. Umie­ściłem go zaś wśród dogmatyków, to znaczy tych, którzy w swoim mniemaniu prawdę posiedli (co prawda prawdę negatywną, świadomość, że prawdy nie ma, ale jednak prawdę). Sądzę, że Nietzsche nawołując do wątpienia nie był konse­kwentny. Skoro głosił, że prawdy zasadniczej, metafizycznej nie ma, to nie ma też – na poziomie zasadniczym – spraw wątpliwych; wszystko jest mniema­niem, złudzeniem (i to bez wątpienia). Wszystko, co wydaje nam się realne jest tylko odbiciem w krzywym zwierciadle w nieskończonej sali krzywych luster. Nie mają sensu poszukiwania, skoro nie ma nic do znalezienia. Już sofiści wy­chodząc od niewiary w episteme uczyli dowodzić na dwie strony; że wszystko jest prawdą i że nic nie jest prawdą. Ani w jednym, ani w drugim przypadku nie ma miejsca na wątpienie.

INNA MOŻLIWOŚĆ

Jednak istnieje inna możliwość, według której nie musimy pozbywać się przekonania relatywizmu referencji wobec tego lub innego schematu pojęcio­wego, o braku gotowych danych świadomości (the given), czyli tłumaczenia poznania jako praktyki kognitywnej. Taka droga była uzasadniona, m.in. przez Australijczyka Richarda Sylvana, znanego również jako Richard Routley, autora słynnej książki o Gegenstandstheońe Meinonga. Przyjęcie pluralizmu radykal­nego pozwala na istnienie, lub uzasadnia istnienie, wielu częściowo porówny­walnych teorii, które na wiele sposobów współdziałają z wieloma światami aktualnymi (Sylvan, 1988, 257-259). Z punktu widzenia Goodmana lepiej mówić o wielości światów rzeczywi­stych, a nie możliwych alternatywach jednego, rzeczywistego świata. Przecież jeżeli popieramy pozycję ontologicznej względności, to kto może podać nam znak, że właśnie ten system referencyjny jest bardziej prawdziwy lub nawet bardziej skuteczny? Zdania „Słońce jest nieustannie w ruchu” oraz „Słońce nigdy się nie porusza”, choć sprzeczne ze sobą są również tak samo prawdziwe. Czy mamy rzec zatem, że opisują one różne światy? Raczej będziemy je inter­pretować niejako pełne zdania, a jako skróty zdań w rodzaju: „W układzie od­niesienia A Słońce nieustannie jest w ruchu” i „W układzie odniesienia B Słon­ce nigdy się nie porusza” – zdań, które – według Goodmana – mogą być praw­dziwe w tym samym świecie (patrz: Goodman, 1997, s. 10-11).

NORMALNA NAUKA

Działalność zwaną nauką normalną, kultywowaną w rozmaitych szkołach filozoficznych, również można tu zaobserwować. Skupię się na dwóch przykła­dach. Platoński „trzeci człowiek” podważa jego ujęcie wzajemnego stosunku rzeczy do idei. Rozwiązanie Arystotelesa nie podważa całego paradygmatu, a jedynie pewną jego postać, znaną pod nazwą skrajnego realizmu pojęciowego, w miejsce którego proponuje on jego umiarkowaną wersję. Przykład ten jest o  tyle znamienny, że jest jednocześnie przykładem mikrorewolucji w obrębie paradygmatu ontologicznego, doprowadził, bowiem, z biegiem czasu, do wy­kształcenia się czterech mikrowspólnot odmiennie rozwiązujących problem stosunku rzeczy do idei. Przywołam tu jeszcze jeden przykład. W ramach tego paradygmatu próbowano rozwiązać problem prawomocności poznania teore­tycznego, który swoje apogeum osiągnął wraz z próbą wyjaśnienia teoretycznej prawomocności mechaniki Newtona. Hume zadaniu temu nie podołał, w sposób dla siebie zadowalający, nie odpowiedział jak, to, co idealne: oczywiste i praw­dziwe zarazem, łączy się z tym, co realne. Wraz z jego koncepcją epistemologii zauważyć można załamanie się tradycji rozwiązywania łamigłówek w ramach tego paradygmatu. Negatywne wyniki, jakie osiągnął, spowodowały, że sam przestał uprawiać epistemologię, zaś dla Kanta stanowiły do tego stopnia po­ważną przesłankę dotyczącą wadliwości paradygmatu ontologicznego, że spo­wodowały, iż zarzucił on podstawowe założenia tego paradygmatu, inicjując swoją rewolucję, która doprowadziła do nowego paradygmatu.

HISTORIA LOSU BYCIA

Leitmotyw Heideggera o losie bytu jako o zachodnioeuropejskiej metafizy­ce (por. np.: Heidegger M., Nietzsche. Bd. 2, s. 399 an.) i o jej historii jako historii losu bycia, który przejawia się w zapominaniu oraz w zapomnieniu owego zapominania, jest w pewnym sensie zamierzony przeciw myśli Platona Ale nie w absolutnym sensie słowa. Ani Platon, ani Arystoteles, ani nawet zachodnia metafizyka nie ponoszą za ten fakt odpowiedzialności. Zapominanie bowiem przynależy do istoty bycia. Heidegger w tym miejscu chętnie używa postulatu Heraklita: bycie lubi się skrywać, ale równocześnie przyznaje, że bycie się odkrywa, prześwituje w tym, co istnieje.Dialog Heideggera z greckimi myślicielami (Anaksymander, Heraklit, Parmenides, Platon, Arystoteles) odbywa się zwłaszcza w przestrzeni metafizyki (ontologii logiki), a nakierowany jest na jedyną sprawę – co to jest bycie? Ze względu na charakter mojego referatu muszę wziąć pod uwagę zwłaszcza stu­dium Powiedzenie Anaksymandra, ponieważ w nim najwyraźniej obserwować można przesunięcie się Heideggera z pozycji profesora-analityka na pozycję proroka-wieszcza.W studium tym twierdzi, że myślenie jest uprawianiem poezji bycia w dziejowej rozmowie myślących (Heidegger M., Der Spruch des AnaximandrosPowiedzenie Anaksymandra. In: Drogi lasu, Warszawa 1977, s. 343). Tu jed­noznacznie zostaje przyznane i uzasadnione, iż w interpretacji filozoficznej swoboda / dowolność oraz przemoc są nie tylko dopuszczalne, ale stanowią jej podstawę i strukturę.

NIESKUTECZNY ZWYCIĘSKI PRAGMATYZM

hgfjghjkjhk

Wady zwycięskiego dogmatyzmu są nieźle znane, wielokrotnie były zresztą empirycznie testowane (okrutny wiek XX był doskonałym polem doświadczal­nym). Jak jednak wyglądałoby społeczeństwo czysto pragmatyczne? Pozbawio­ne jakiegokolwiek sacrum, wiary w jakąkolwiek prawdę, wiary w coś, co czło­wieka przerasta? Można się tylko domyślać. Nawet bowiem w społeczeństwach najbardziej zlaicyzowanych i nastawionych na doczesne rozkosze istnieją – być może już tylko siłą bezwładu trwające – obszary sacrum. Wyobraźmy sobie jednak, że owe zaszłości, żywe skamieliny (wiary w prawdę) obumrą do reszty. Przychodzi na myśl – podobno od Pitagorasa pochodzący – podział ludzi na trzy kategorie: jedni przychodzą na igrzyska („igrzyska życia”), aby coś kupić i sprzedać, czyli zarobić, drudzy przychodzą, aby wygrać, trzeci zaś, aby tylko popatrzećCi ostatni to typ ludzi (dziwny i rzadki), którymi kieruje czysta cie­kawość, zdolność do kontemplacji, zdziwienia i poświęcenia. Otóż społeczność czysto pragmatyczna to społeczność pozbawiona tej trzeciej kategorii. Składa się ona wyłącznie z tych, którzy chcą albo zarobić, albo wygrać. Nie ma świę­tych, mędrców i filozofów. Znikają tak zwane motywacje wyższe, pozostaje tylko chęć doznawania (pieniądze) i chęć triumfowania. Klejem dla więzi spo­łecznej może być tylko strach przed strażnikami i doraźne sojusze w celu „zro­bienia jakiegoś interesu”. Czego jednak mają bać się sami strażnicy? Dlaczego mają przestrzegać zasad?

NA TRZECH FRONTACH

images (1)

W Polsce chęć uczynienia państwa i prawa na powrót narzę­dziem jedynie słusznej prawdy jest tym bardziej niebezpieczna, że zderza się z bezmyślną i drapieżną falą konsumpcjonizmu zachowującą na powierzchni pozory religijności (ci co praktykują, ale nie bardzo wierzą). Owe przyziemne, chciwe i zarazem płytko religijne masy świetnie nadają się do zmanipulowania. Słaby jest bowiem element pośredni, sokratejski – zarazem krytyczny i wierzą­cy – potrafiący zamortyzować wahania koniunktury historycznej. W skali cywi­lizacji zachodniej „od wewnątrz” niewątpliwie bardziej niebezpieczny jest bez­kształtny relatywizm. W skali zaś cywilizacji zachodniej „od zewnątrz” ponow­nie fundamentalizm. Polak – sokrateik powinien więc teraz walczyć naraz na trzech frontach. Powinien walczyć z atakiem fundamentalistów w kraju, z atakiem agnostyków, omijaczy prawdy w skali wewnątrzcywilizacyjnej, oraz z wielką fundamentali- styczną nawałnicą z zewnątrz. Równanie zatem z trzema niewiadomymi. Jedno z trudniejszych wyzwań intelektualnych. Trzeba bowiem niezwykłego talentu, aby tę walkę w trzema przeciwnikami naraz skutecznie prowadzić. Znajdować coraz to inne dobre rozwiązanie dla owego pulsującego, zmiennego w czasie, równania. Sądzę, że w Polsce teraz najsłabiej rozpoznane jest niebezpieczeństwo we­wnętrzne w skali cywilizacji zachodniej. Owo „samozatrucie otwartego społe­czeństwa”. Temu zagrożeniu – wypełniając rolę służebną – poświęcam następny paragraf.

OBRONA CYWILIZACJI

zobacz-koniec-swiata-w-3d_22427860

Jaki sposób obrony cywilizacji teraz zastosować? Główna wytyczna, jak wspomniałem, jest następująca: gdy fundamentaliści rosną w siłę, filozof wzmacnia momenty krytyczne, gdy relatywiści, nihiliści rosną w siłę, filozof wzmacnia wątki absolutystyczne, platońskie. Niezły przykład kluczenia, czyli „grania na dwie strony”, da się odczytać z następującej wypowiedzi J. Haber- masa: „Chociaż moje polityczne sympatie są po stronie wielkich antyplatoń- skich obrazoburców, moje sympatie filozoficzne zwracają się ku strażnikom rozumu – w czasach, gdy usprawiedliwiona krytyka rozumu traciła świadomość następstw swego nieuchronnego samoodniesienia” (5). Należy – najogólniej mówiąc – dążyć do tego, aby wiara w nomos nie doprowadziła do zniszczenia pluralizmu, zaś niewiara nie doprowadziła do zniszczenia cnót obywatelskich i więzi społecznych. Współcześnie owe dwa zagrożenia współistnieją. Należy zatem rozpoznać, które jest tu i teraz niebezpieczniejsze.W Polsce (tu i teraz) doskonałym przykładem zaangażowanej postawy filo­zofa jest pisarstwo Marii Szyszkowskiej i Leszka Kołakowskiego. Szyszkowska ocenia – domyślam się – kulturową sytuację tak, że głównym zagrożeniem w Polsce są dogmatycy, fundamentaliści i dlatego używa argumentów relatywi­zujących. Wzywa zatem do tego, aby odkrywać niepowtarzalne pokłady wła­snego „Ja”, a nie czerpać z zewnątrz, nie być odruchową marionetką tradycji, nie toczyć się bezmyślnie i bez wrażliwości po torach niby odwiecznych i ab­solutnych zasad. Zasady należ

INSTYNKT SAMOZACHOWAWCZY

images (2)

Po pierwsze, w imię in­stynktu samozachowawczego. Bo jeśli cywilizacja zachodnia zginie, albo zmie­ni się nie do poznania, nie będzie w niej zapewne miejsca dla metafizycznych niedowiarków (albo niedowiarstwo zostanie odgórnie zniesione, albo rozmach metafizyczny oddolnie zniknie proroctwo Witkacego). Po drugie, z racji może ważniejszej, szlachetniejszej. Cywilizacja zachodnia jest bowiem zarazem mat­ką i córką filozofii. Filozofia urodziła się w greckim mateczniku, a po urodzeniu stała się jej głównym budowniczym. Służenie zatem cywilizacji zachodniej jest typem lojalności najbardziej może fundamentalnym, lojalności zarazem wobec matki i córki. Filozofia powinna więc być – poza poszukiwaniem prawdy – autonomiczną, dobrowolną służebnicą cywilizacji zachodniej. Nie powinno to być zatem jej główne zajęcie (jak sądzą najszlachetniejsi spośród pragmatystów, np. Rorty), powinno to być jej główne zajęcie uboczne. Ten, kto wyszedł z pla­tońskiej pieczary na powierzchnię, nie powinien tylko trwać w zachwycie i kontemplować świata ze słońcem, ale powinien wrócić do pieczary, aby rato­wać zakutych w łańcuchy bliźnich. Niezbędne w takim razie bywa przezwycię­żenie w sobie pokusy czystego poznawania. Bywa tak, że należy zanurzyć się w zielone i mętne, pełne żmij i pijawek bajoro polityki. Archimedes niechętnie zapewne odrywał od czystej geometrii i projektował machiny obronne, ale się odrywał, i to może być dla nas – zapewne dużo mniej utalentowanych w dzie­dzinie czystych poszukiwań – wzór.

UMIŁOWANIE JEDNEJ SPRAWY

foto_3212fc2580f65956e7c8ce982f52087

Sokrateicy powinni – wzorując się na tej taktyce – wspierać nurt relatywizujący, gdy dogmatycy, fundamentaliści biorą górę, gdy zaś nurt relatywizujący bierze górę, powinni wspierać dogmatyków. Nawiasem mówiąc, chyba po raz pierwszy w dziejach – poza krótkimi i ograniczonymi do elit epizodami – bierze górę nurt relatywizujący. Do tej pory najprostszym rozwiązaniem było „napuszczać na siebie” różne dogmatyzmy. Gdzie bowiem dwóch dogmatyków się bije, tam wolność poszukiwań korzysta. Konflikt cesarstwa z papiestwem jest tutaj mo­delowym przykładem. Ni stąd, ni zowąd skrzydło relatywistyczne (owi omija- cze prawdy) wyrosło na wielką siłę. Tak wielką, że być może głównym zagro­żeniem wewnętrznym w skali cywilizacji – ale nie Polski, tutaj sytuacja jest specyficzna – stał się nie dogmatyzm (fundamentalizm), ale pragmatyzm, czyli ślepota na prawdę, oraz związane z nim różne odmiany samolubnej, bez hamul­ców, „nieposkromionej żarłoczności”. Co gorsza, trudno będzie stosować starą taktykę, to znaczy „napuszczać” różnych relatywistów na siebie, skoro ani jed­ni, ani drudzy nie wierzą w prawdę.Dlaczego jednak filozofia, która ma być, rzec można z definicji, umiłowa­niem jednej sprawy – mądrości, ma się rozpraszać i służyć czemuś innemu? Dlaczego filozof powinien angażować się w sprawy publiczne? Dlaczego powi­nien wychodzić z ukrycia i występować na agorze?

SKRAJNE POSTAWY

jaskinia

Mamy zatem dwie postawy skrajne i postawę pośrednią. Postawa pośrednia jest zarazem samodzielna, twórcza, oraz służebna, mediująca. Bertrand Russell podobnie jak Popper – dostrzegał ów dualizm. Twierdził mianowicie, że ist­nieje sprzeczność w samej podstawie greckiego ducha, którą można dostrzec już u Homera. „Ścierają się w nim – powiada – dwa przeciwstawne pierwiastki: w jednej strony racjonalny umysł, z drugiej zaś nieopanowany instynkt… Wła­śnie owe dwa niezgodne elementy kultury greckiej, nazwane później przez Nietzschego pierwiastkiem apollińskim i dionizyjskim, umożliwiły podbój świata, czego nie zdołałby spowodować żaden z nich oddzielnie” (4). Filozo­fia w ogóle, a sokrateizm w szczególe, jawi się tutaj ponownie jako mediator utrzymujący owe dwa pierwiastki w równowadze. Metafizyczni niedowiar­kowie są więc, jak wspomniałem – mniej lub bardziej świadomie — obrońcami wielości, pluralizmu.Co metafizyczny niedowiarek powinien robić teraz jako sługa cywilizacji zachodniej? Przychodzi mi na myśl taktyka Tatarów. Wspierali oni słabsze w danej chwili mocarstwo; gdy górę brała Turcja, pomagali Rzeczpospolitej, gdy górę brała Rzeczpospolita, pomagali Turkom. Zdawali sobie bowiem spra­wę, że triumf jednego z mocarstw okazałby się końcem ich autonomii.