PRAGMATYCZNE SPOŁECZEŃSTWO

5518992555_e7119f4017_z

Jest być może tak, że zapomnieć pytanie o prawdę, to zapomnieć człowieczeństwo. Spełniona wizja pragmatystów to wizja powrotu – poprzez opanowanie świata – do nieświadomości, do bezru­chu. Czyli rodzaj pokracznej, przyziemnej nirwany. Ten typ zagrożenia opisał już w latach siedemdziesiątych profesor Zdzisław Cackowski w książce „Człowiek jako podmiot działania praktycznego i poznawczego”.Społeczeństwo czysto pragmatyczne jest jak samochód, który ma pedał ga­zu (przyspieszanie i przyszłość), ale nie ma hamulca. Ludzie w nim żyjący są więc – ciągnąc dalej tę metaforę – pozbawieni hamulców, poza jednym, poza strachem przed prawem pozytywnym (absolutysta powiedziałby, że brak im „bojaźni bożej”, Sokrates, że brak im ostrzeżeń Dajmoniona). Są też pozbawieni napędu, gdy chodzi o cele ogólne. Ojczyzna, naród, ludzkość to – podobnie jak pojęcie prawdy – pojęcia puste. Społeczeństwo pozbawione wiary w prawdę to społeczeństwo bez patriotów. Nie ma więc w nim „swoich żołnierzy”. Czyli obrońców wspólnej sprawy, obrońców skłonnych do poświęceń, nawet, gdy sytuacja wygląda na beznadziejną. To społeczność zdolna wydobyć z siebie, urodzić, tylko najemników. Najemnicy zaś uciekają, gdy przeciwnik jest wy­raźnie silniejszy, albo zdradzają, gdy jest gotów zapłacić więcej. Gdy więc okręt cywilizacji tonie uciekają, odpychając od szalup kobiety i dzieci

NADUŻYWANIE WŁADZY

paranormal_mind_1

Boją się meta-strażników, czyli straż­ników strażników. A tamci? Meta-meta strażników. Ale skąd pewność co do uczciwości, ostatniego szczebla. Wszak w skończonej liczebnie społeczności piętra kontrolne muszą mieć swój kres. W społeczności czysto pragmatycznej na ostatnim szczeblu nie ma ludzi szlachetnych, bo w całej społeczności nie ma ludzi szlachetnych. A zatem fundament, czyli kontrolerzy wszystkich kontrole­rów są interesowni, podatni na łapówki, albo na (nad)używanie władzy.Muszę przyznać, że kojarzy mi się to wszystko z neandertalczykami. I to po­dwójnie. Po pierwsze, w archeologicznych znaleziskach dotyczących neandertal­czyków nie ma śladu tzw. „kultury wyższej”, nie ma ani śladów zdobnictwa, ani śladów jakiś wierzeń, są za to funkcjonalne i doskonale wykonane narzędzia, któ­re wskazują na bardzo rozwiniętą sprawność manualną. Po drugie, istnieje hipote­za dotycząca wyginięcia neandertalczyków, która głosi, że stali się oni ofiarami własnej skuteczności. Byli tak doskonałymi myśliwymi, że wytrzebili wszystkie zwierzęta, które były podstawą ich menu i zginęli z głodu. Skuteczność pozba­wiona wyższej motywacji, a zatem też szerszego punktu widzenia może okazać się przeciwskuteczna. Triumf pragmatyzmu – czyli sytuacja, w której pragmatyzm stałby się jedyną ideologią – mógłby okazać się zabójczy dla samego pragmaty­zmu. Zaryzykowałbym tezę, że gdy procent pragmatystów w społeczności prze­kracza pewną krytyczną wielkość, zaczyna się kolaps społeczności, społeczność zapada się w sobie, czyli ulega autodestrukcji.

NIESKUTECZNY ZWYCIĘSKI PRAGMATYZM

hgfjghjkjhk

Wady zwycięskiego dogmatyzmu są nieźle znane, wielokrotnie były zresztą empirycznie testowane (okrutny wiek XX był doskonałym polem doświadczal­nym). Jak jednak wyglądałoby społeczeństwo czysto pragmatyczne? Pozbawio­ne jakiegokolwiek sacrum, wiary w jakąkolwiek prawdę, wiary w coś, co czło­wieka przerasta? Można się tylko domyślać. Nawet bowiem w społeczeństwach najbardziej zlaicyzowanych i nastawionych na doczesne rozkosze istnieją – być może już tylko siłą bezwładu trwające – obszary sacrum. Wyobraźmy sobie jednak, że owe zaszłości, żywe skamieliny (wiary w prawdę) obumrą do reszty. Przychodzi na myśl – podobno od Pitagorasa pochodzący – podział ludzi na trzy kategorie: jedni przychodzą na igrzyska („igrzyska życia”), aby coś kupić i sprzedać, czyli zarobić, drudzy przychodzą, aby wygrać, trzeci zaś, aby tylko popatrzećCi ostatni to typ ludzi (dziwny i rzadki), którymi kieruje czysta cie­kawość, zdolność do kontemplacji, zdziwienia i poświęcenia. Otóż społeczność czysto pragmatyczna to społeczność pozbawiona tej trzeciej kategorii. Składa się ona wyłącznie z tych, którzy chcą albo zarobić, albo wygrać. Nie ma świę­tych, mędrców i filozofów. Znikają tak zwane motywacje wyższe, pozostaje tylko chęć doznawania (pieniądze) i chęć triumfowania. Klejem dla więzi spo­łecznej może być tylko strach przed strażnikami i doraźne sojusze w celu „zro­bienia jakiegoś interesu”. Czego jednak mają bać się sami strażnicy? Dlaczego mają przestrzegać zasad?

NA TRZECH FRONTACH

images (1)

W Polsce chęć uczynienia państwa i prawa na powrót narzę­dziem jedynie słusznej prawdy jest tym bardziej niebezpieczna, że zderza się z bezmyślną i drapieżną falą konsumpcjonizmu zachowującą na powierzchni pozory religijności (ci co praktykują, ale nie bardzo wierzą). Owe przyziemne, chciwe i zarazem płytko religijne masy świetnie nadają się do zmanipulowania. Słaby jest bowiem element pośredni, sokratejski – zarazem krytyczny i wierzą­cy – potrafiący zamortyzować wahania koniunktury historycznej. W skali cywi­lizacji zachodniej „od wewnątrz” niewątpliwie bardziej niebezpieczny jest bez­kształtny relatywizm. W skali zaś cywilizacji zachodniej „od zewnątrz” ponow­nie fundamentalizm. Polak – sokrateik powinien więc teraz walczyć naraz na trzech frontach. Powinien walczyć z atakiem fundamentalistów w kraju, z atakiem agnostyków, omijaczy prawdy w skali wewnątrzcywilizacyjnej, oraz z wielką fundamentali- styczną nawałnicą z zewnątrz. Równanie zatem z trzema niewiadomymi. Jedno z trudniejszych wyzwań intelektualnych. Trzeba bowiem niezwykłego talentu, aby tę walkę w trzema przeciwnikami naraz skutecznie prowadzić. Znajdować coraz to inne dobre rozwiązanie dla owego pulsującego, zmiennego w czasie, równania. Sądzę, że w Polsce teraz najsłabiej rozpoznane jest niebezpieczeństwo we­wnętrzne w skali cywilizacji zachodniej. Owo „samozatrucie otwartego społe­czeństwa”. Temu zagrożeniu – wypełniając rolę służebną – poświęcam następny paragraf.

WPROWADZANIE ZASAD

images

Zasady należy wyprowadzać z siebie. Stąd sympatia Szysz­kowskiej i do Kanta, i do Nietzschego (chociaż poza niedowierzaniem wszelkim zbiorom absolutnych zasad wyprowadzanych ze świata widzialnego niewiele ich łączy), oraz sympatia do Młodej Polski, gdzie ten typ maksymalizmu był szczery i młody. Kołakowski zaś zaczynał od monizmu, dogmatyzmu, od wiary w nomos heglowsko-marksowskie, ale otrzeźwiał, i przez długi czas zwalczał dyktaturę jednej prawdy, pochwalał zaś wielość, czyli „pochwalał niekonse­kwencję”. Kiedy jednak upadł system dogmatycznej prawdy, który miał ambi­cję opanować kulę ziemską i została niby niezagrożona potęga Zachodu (niektó­rzy zaczęli nawet wieścić „koniec historii”), Kołakowski przesunął akcenty. Coraz wyraźniej wskazuje inne niebezpieczeństwo. Coraz bardziej – jak się zdaje – przeraża go wizja społeczeństwa „otwartego na wszystko”; bezkształt­nego niczym niektóre dzieła awangardowej sztuki. Świetnie oddaje to tytuł jed­nego z jego esejów: „Samozatrucie społeczeństwa otwartego”. Rację ma chyba i Szyszkowska, i Kołakowski. Zagrożenie bowiem występuje z dwóch stron. Fundamentalizm, absolutystyczny monizm („bez cienia wątpienia”) obudził się ostatnio w świecie islamu, ale istnieje również wśród pewnych wpływowych grup w Polsce.

OBRONA CYWILIZACJI

zobacz-koniec-swiata-w-3d_22427860

Jaki sposób obrony cywilizacji teraz zastosować? Główna wytyczna, jak wspomniałem, jest następująca: gdy fundamentaliści rosną w siłę, filozof wzmacnia momenty krytyczne, gdy relatywiści, nihiliści rosną w siłę, filozof wzmacnia wątki absolutystyczne, platońskie. Niezły przykład kluczenia, czyli „grania na dwie strony”, da się odczytać z następującej wypowiedzi J. Haber- masa: „Chociaż moje polityczne sympatie są po stronie wielkich antyplatoń- skich obrazoburców, moje sympatie filozoficzne zwracają się ku strażnikom rozumu – w czasach, gdy usprawiedliwiona krytyka rozumu traciła świadomość następstw swego nieuchronnego samoodniesienia” (5). Należy – najogólniej mówiąc – dążyć do tego, aby wiara w nomos nie doprowadziła do zniszczenia pluralizmu, zaś niewiara nie doprowadziła do zniszczenia cnót obywatelskich i więzi społecznych. Współcześnie owe dwa zagrożenia współistnieją. Należy zatem rozpoznać, które jest tu i teraz niebezpieczniejsze.W Polsce (tu i teraz) doskonałym przykładem zaangażowanej postawy filo­zofa jest pisarstwo Marii Szyszkowskiej i Leszka Kołakowskiego. Szyszkowska ocenia – domyślam się – kulturową sytuację tak, że głównym zagrożeniem w Polsce są dogmatycy, fundamentaliści i dlatego używa argumentów relatywi­zujących. Wzywa zatem do tego, aby odkrywać niepowtarzalne pokłady wła­snego „Ja”, a nie czerpać z zewnątrz, nie być odruchową marionetką tradycji, nie toczyć się bezmyślnie i bez wrażliwości po torach niby odwiecznych i ab­solutnych zasad. Zasady należ

INSTYNKT SAMOZACHOWAWCZY

images (2)

Po pierwsze, w imię in­stynktu samozachowawczego. Bo jeśli cywilizacja zachodnia zginie, albo zmie­ni się nie do poznania, nie będzie w niej zapewne miejsca dla metafizycznych niedowiarków (albo niedowiarstwo zostanie odgórnie zniesione, albo rozmach metafizyczny oddolnie zniknie proroctwo Witkacego). Po drugie, z racji może ważniejszej, szlachetniejszej. Cywilizacja zachodnia jest bowiem zarazem mat­ką i córką filozofii. Filozofia urodziła się w greckim mateczniku, a po urodzeniu stała się jej głównym budowniczym. Służenie zatem cywilizacji zachodniej jest typem lojalności najbardziej może fundamentalnym, lojalności zarazem wobec matki i córki. Filozofia powinna więc być – poza poszukiwaniem prawdy – autonomiczną, dobrowolną służebnicą cywilizacji zachodniej. Nie powinno to być zatem jej główne zajęcie (jak sądzą najszlachetniejsi spośród pragmatystów, np. Rorty), powinno to być jej główne zajęcie uboczne. Ten, kto wyszedł z pla­tońskiej pieczary na powierzchnię, nie powinien tylko trwać w zachwycie i kontemplować świata ze słońcem, ale powinien wrócić do pieczary, aby rato­wać zakutych w łańcuchy bliźnich. Niezbędne w takim razie bywa przezwycię­żenie w sobie pokusy czystego poznawania. Bywa tak, że należy zanurzyć się w zielone i mętne, pełne żmij i pijawek bajoro polityki. Archimedes niechętnie zapewne odrywał od czystej geometrii i projektował machiny obronne, ale się odrywał, i to może być dla nas – zapewne dużo mniej utalentowanych w dzie­dzinie czystych poszukiwań – wzór.

UMIŁOWANIE JEDNEJ SPRAWY

foto_3212fc2580f65956e7c8ce982f52087

Sokrateicy powinni – wzorując się na tej taktyce – wspierać nurt relatywizujący, gdy dogmatycy, fundamentaliści biorą górę, gdy zaś nurt relatywizujący bierze górę, powinni wspierać dogmatyków. Nawiasem mówiąc, chyba po raz pierwszy w dziejach – poza krótkimi i ograniczonymi do elit epizodami – bierze górę nurt relatywizujący. Do tej pory najprostszym rozwiązaniem było „napuszczać na siebie” różne dogmatyzmy. Gdzie bowiem dwóch dogmatyków się bije, tam wolność poszukiwań korzysta. Konflikt cesarstwa z papiestwem jest tutaj mo­delowym przykładem. Ni stąd, ni zowąd skrzydło relatywistyczne (owi omija- cze prawdy) wyrosło na wielką siłę. Tak wielką, że być może głównym zagro­żeniem wewnętrznym w skali cywilizacji – ale nie Polski, tutaj sytuacja jest specyficzna – stał się nie dogmatyzm (fundamentalizm), ale pragmatyzm, czyli ślepota na prawdę, oraz związane z nim różne odmiany samolubnej, bez hamul­ców, „nieposkromionej żarłoczności”. Co gorsza, trudno będzie stosować starą taktykę, to znaczy „napuszczać” różnych relatywistów na siebie, skoro ani jed­ni, ani drudzy nie wierzą w prawdę.Dlaczego jednak filozofia, która ma być, rzec można z definicji, umiłowa­niem jednej sprawy – mądrości, ma się rozpraszać i służyć czemuś innemu? Dlaczego filozof powinien angażować się w sprawy publiczne? Dlaczego powi­nien wychodzić z ukrycia i występować na agorze?

SKRAJNE POSTAWY

jaskinia

Mamy zatem dwie postawy skrajne i postawę pośrednią. Postawa pośrednia jest zarazem samodzielna, twórcza, oraz służebna, mediująca. Bertrand Russell podobnie jak Popper – dostrzegał ów dualizm. Twierdził mianowicie, że ist­nieje sprzeczność w samej podstawie greckiego ducha, którą można dostrzec już u Homera. „Ścierają się w nim – powiada – dwa przeciwstawne pierwiastki: w jednej strony racjonalny umysł, z drugiej zaś nieopanowany instynkt… Wła­śnie owe dwa niezgodne elementy kultury greckiej, nazwane później przez Nietzschego pierwiastkiem apollińskim i dionizyjskim, umożliwiły podbój świata, czego nie zdołałby spowodować żaden z nich oddzielnie” (4). Filozo­fia w ogóle, a sokrateizm w szczególe, jawi się tutaj ponownie jako mediator utrzymujący owe dwa pierwiastki w równowadze. Metafizyczni niedowiar­kowie są więc, jak wspomniałem – mniej lub bardziej świadomie — obrońcami wielości, pluralizmu.Co metafizyczny niedowiarek powinien robić teraz jako sługa cywilizacji zachodniej? Przychodzi mi na myśl taktyka Tatarów. Wspierali oni słabsze w danej chwili mocarstwo; gdy górę brała Turcja, pomagali Rzeczpospolitej, gdy górę brała Rzeczpospolita, pomagali Turkom. Zdawali sobie bowiem spra­wę, że triumf jednego z mocarstw okazałby się końcem ich autonomii.

TALES I UCZNIOWIE

obraz1

Tales i jego uczniowie nie dowierzali kapłanom i zarazem wierzyli, że „jakoś to jest”, że świat nie jest nienazywalnym chaosem (taka byłaby zapewne ich prowizo­ryczna odpowiedź na pytanie zawarte w tytule naszej konferencji). Wierzyli w to, że jest jakaś podstawa, jakaś formuła tłumacząca, jednocząca; że jest ja­kieś rozwiązanie tego równania z przeogromną ilością niewiadomych. Co wię­cej, rozwiązanie to jest uchwytne dla naszych niewielkich umysłów, a zatem musi być proste i rozumne. Pierwsi filozofowie byli zatem zarażeni naraz dwo­ma wirusami: wirusem niedowiarstwa i wirusem poszukiwania prawdy. Preso- kratycy byli więc w znacznym stopniu sokrateikami. Kiedy myślę o dobrowol­nie służebnej roli filozofii wobec cywilizacji zachodniej, mam na myśli tylko pewien typ filozofów; tych mianowicie, którzy potrafią utożsamić się z Sokrate­sem. Aby uniknąć dłuższego tłumaczenia, skryję się za dosadnym sformułowa­niem Leszka Kołakowskiego: „Jest jeden człowiek, z którym identyfikują się wszyscy europejscy filozofowie, choćby nawet w całości odrzucali jego idee. Jest to Sokrates – filozof niezdolny utożsamić się z tą archetypiczną postacią nie należy do tej cywilizacji”.